Dzień 3 · 29 stycznia 2016

Usiądź na słońcu i bądź szczęśliwa

Spaliśmy dość długo, bo nie musieliśmy się śpieszyć. Celem na dziś było podejście jak najbliżej południowej ściany Tutoko. W praktyce oznaczało to krótki odcinek do przejścia.
Biwak przed próbą wejścia na szczyt Mount Tutoko.
Opublikowano

Skały pod serakami

Spaliśmy dość długo, bo nie musieliśmy się śpieszyć. Celem na dziś było podejście jak najbliżej południowej ściany Tutoko. W praktyce oznaczało to krótki odcinek do przejścia.

Pogoda była dobra. Poszłam się rozejrzeć po okolicy. Jako bonus, niedaleko naszej koleby, dojrzałam skalika złotorzytnego (rock wren), małego pociesznego ptaszka, natywnego dla górskich obszarów Nowej Zelandii. Skaliki są bardzo rzadkie, a ze względu na trudno dostępny obszar bytowania, nie łatwo je zobaczyć. Takie spotkanie tym bardziej cieszy.

Wyruszyliśmy około 11. Po trzech i pół godzinie trawersu gładkich skalnych półek znaleźliśmy idealne miejsce pod namiot. Południową ścianę widać było jak na dłoni. Mogliśmy dobrze przyjrzeć się drodze na szczyt.

Na pierwszy rzut oka, nie wyglądała zachęcająco. Jawiła się bardziej jak labirynt szczelin i seraków niż solidny alpejski klasyk. Zaczęliśmy wypatrywać przejścia, którym dałoby się w miarę bezpiecznie dostać na grań. Robiliśmy zdjęcia i na wyświetlaczach aparatu cyfrowym zoomie analizowaliśmy warunki. Wstępnie wybraliśmy wariant po skałach i dalej przez pas seraków na zbocze, a nim na grań.

Nie ten kamień

Willi zabrał się za budowę platformy pod namiot. Między głazami, tuż przy płacie śniegu, porządkował i wyrównywał ziemię.

Dołączyłam do pracy. W ferworze walki wyjęłam kamień, który okazał się ważnym elementem jego wizji inżynierskiej.

– Nie musisz mi pomagać, jeśli nie chcesz – zażartował.

– Ale chcę ci pomóc! Powiedz mi tylko, co mam robić.

– Usiądź na słońcu i bądź szczęśliwa.

W sumie była to całkiem dobra opcja, więc nie dyskutowałam. Rozłożyłam swój polarowy kocyk na dużej, płaskiej skale i z zafascynowaniem obserwowałam teren.

Seraki obrywały się z trzaskiem, który wypełniał całą dolinę. Co chwilę schodziły niewielkie lawiny (na szczęście nie na trasie naszej drogi). Nad głowami krążyły helikoptery realizujące loty widokowe dla turystów. Chłonęłam to wszystko i robiłam notatki.

Dolina zniknęła pierwsza

Chmur przybywało. Obserwowałam, jak przesuwały się nad górami i stopniowo je przesłaniały. Przygotowywaliśmy się do ataku szczytowego, więc stabilność pogody była dla nas bardzo istotna.

O szesnastej dolina była już całkowicie zalana chmurami. Tylko wierzchołek Tutoko się przebijał. W tej białej zasłonie była jedna mała dziura. A przez nią słońce świeciło prosto na nasz obóz. Powiewał lekki wiatr.

Wkrótce zniknął też szczyt Tutoko. Chmury otaczały nas już ze wszystkich stron. Tylko bezpośrednio nad nami wciąż wisiał skrawek błękitnego nieba. Wiatr przybrał na sile.

Ugotowaliśmy kolację i położyliśmy się spać. Nad ranem mieliśmy ruszyć przez seraki, na Tutoko.

,