Szabla pilnowała tempa
Dzień rozpoczęliśmy przedzieraniem się przez chaszcze wzdłuż Leader Creek. Naszym celem była koleba Turnera, zbudowana wysoko ponad doliną.
Plecaki mieliśmy załadowane na maxa, a do tego obwieszone jak choinka. Przytroczona do mojego wora szabla śnieżna lekko wystawała poza jego obrys. W gęstwinie drzew łapała niemal wszystkie gałęzie, między którymi próbowałam się przecisnąć. No tak, w końcu jest to sprzęt służący do budowy stanowisk. W lasku działała idealnie.
Według opisu drogi, przy wodospadzie Leader Falls powinniśmy przejść na drugą stronę strumienia.
Na widok rwącej wody zawirowało mi w głowie. Po wczorajszej przeprawie nie miałam najmniejszej ochoty znowu wchodzić do tej zdradliwej wody. Innego wyjścia jednak nie było.
Na szczęście był to tylko strumień. Znacznie węższy od wczorajszej rzeki. Skupiłam się na tym, którędy przejść i jak dotrzeć na drugi brzeg.
Przeprawa poszła bez problemów.
W zaroślach trafiliśmy na ścieżkę DoC (Department of Conservation), służącą strażnikom parkowym do obsługi pułapek na oposy. Nie był to usankcjonowany szlak, ale ułatwiał wędrówkę. Wreszcie mogliśmy sprawniej poruszać się w tym gąszczu.
Poręczówki w kosówce
Po wyjściu z lasu pojawiły się blafy – strome skalne progi. Z dołu wyglądały paskudnie i niebezpiecznie. Dopiero po podejściu bliżej znaleźliśmy drogę, którą udało się na nie wdrapać.
Wspinaliśmy się z ciężkimi plecakami, bez asekuracji. Ekspozycja była sroga. W najtrudniejszych miejscach, tak zwanych cruxach, znajdowaliśmy pozostawione liny i pętle. Były poprzywiązywane głównie do kosówek. Chwytaliśmy je i podciągaliśmy się wyżej.
Byłam pełna uznania dla ludzi, którzy je tam umieścili. Znajdowaliśmy je dokładnie tam, gdzie były najbardziej potrzebne. Dzięki nim znacznie sprawniej pokonaliśmy trudne fragmenty, a przejście stało się bezpieczniejsze.
Czy muszę wspominać, że kosówka, oprócz lin i pętli, świetnie trzymała też moją szablę śnieżną?
W upale pot lał się z nas strumieniami. Podejście było żmudne. Gdy teren się wypłaszczył, zobaczyliśmy kolebę. Pomimo, że była całkiem dobra, a my byliśmy zmęczeni, nie skorzystaliśmy z niej i po krótkich oględzinach ruszyliśmy dalej.
Jeszcze godzina do Turnera
Około godziny później dotarliśmy do naszego celu – koleby Turnera.
Koleba to naturalna wnęka pod dużą skałą. Z zewnątrz wyglądała po prostu jak ogromny głaz. Wejście częściowo osłonięte było murkiem z kamieni. W środku całkiem sympatycznie. Miejsca dla naszej dwójki było bardzo dużo. Można było prawie stanąć.
Podłoga była wyłożona suchym siankiem. NIe spodziewałam się tak komfortowego wystroju.
Było też praktyczne okienko z pięknym widokiem na południową ścianę Mount Tutoko. Po całym dniu przedzierania się przez chaszcze i wspinania po blafach mocniej docenia się takie architektoniczne detale.
Ugotowaliśmy kolację i pogadaliśmy o życiu, które zostawiliśmy w Europie.
Dziesięć godzin drogi. Prawie 1300 metrów podejścia. Byliśmy wykończeni. Nie mogliśmy się doczekać, żeby rozciągnąć się na tym wygodnym sienniku i rozprostować zmęczone kości.











