Płytszego miejsca nie było
Rano opuściliśmy Homer Hut i podjechaliśmy na początek ścieżki wiodącej wzdłuż doliny Tutoko. Zaparkowaliśmy vana na poboczu, wzięliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę.
Początkowo szło się bardzo wygodnie po miękkim, sprężystym podłożu między wysokimi paprociami i omszałymi drzewami. Ścieżka DoC skończyła się w 3/4 doliny. Dalej szliśmy już wzdłuż rzeki, aż dotarliśmy do miejsca, w którym trzeba było się przez nią przeprawić. Po kilku dniach intensywnego deszczu poziom wody był wysoki, a nurt mocny.
Willi przechodził pierwszy. W pewnym momencie silny nurt zwalił go z nóg, ale szybko odzyskał równowagę i udało mu się przeprawić. Ja jestem sporo niższa. Próbowałam znaleźć miejsce, gdzie rzeka byłaby choć trochę płytsza. Bezskutecznie. Lepszej drogi nie było.
Kijki zaczęły drgać
Mniej więcej w połowie przeprawy woda sięgała mi już do ud. Dalej robiło się jeszcze głębiej, a nurt przyspieszał. W pewnym momencie kijki trekkingowe, na których się opierałam, zaczęły drgać. Wiedziałam, że dalej będzie tylko gorzej.
Kiedy woda sięgnęła mi już do pasa, nie byłam w stanie się dłużej utrzymać. Podmyło mnie. Próbowałam stanąć, na chwilę odzyskałam oparcie, ale zaraz znów znalazłam się w wodzie.
W głowie miałam gonitwę myśli. Rzeka była szeroka. Kątem oka ujrzałam moje górskie buty, które wcześniej wisiały przy plecaku. Teraz dryfowały z nurtem rzeki!
Odruchowo rzuciłam się za nimi. Po kilku metrach udało mi się złapać za sznurówki.
W całym tym zamieszaniu zaskoczyła mnie doskonała wyporność plecaka. Ciężki wór, ze sprzętem i jedzeniem na pięć dni, wcale nie ciągnął mnie w dół. Utrzymywał się na wodzie.
W środku miałam worek wodoszczelny tzw. Pack Liner. Żadna zaawansowana technologia, po prostu duży żółty worek z wytrzymałej folii. Rozwiązanie bardzo popularne wśród Nowozelandzkich traperów. Cały bagaż pakowało się do tego worka, a dopiero potem wkładało go do plecaka. W teorii wiedziałam, że tak spakowany plecak powinien mieć dobrą wyporność, ale nigdy wcześniej tego nie sprawdzałam. Wow, to rzeczywiście działa!
Traperski biwak
Z brzegu wystawała do wody wielka zwalona kłoda. Była w idealnym miejscu. Złapałam ją i wydostałam się na ląd. Potem na tej samej kłodzie rozłożyłam mokre rzeczy, żeby podeschły na słońcu.
Byłam cała przemoczona. Na szczęście zapasowe ubrania i sprzęt pozostały suche dzięki workowi. Największym problemem były jednak buty. Toporne górskie obuwie potrzebowało znacznie więcej czasu i energii, żeby wyschnąć.
Decyzja o biwaku była oczywista. Rozbiliśmy namiot w widłach strumienia Leader Creek i rzeki Tutoko River. Przez ten przedwczesny biwak straciliśmy kilka godzin, ale nie było wyjścia.
Wieczór okazał się bardzo przyjemny. Błękit rzeki, bujnie zielone drzewa, kamienie obrośnięte pomarańczowymi porostami i soczysto-zielonym mchem. Do tego klimatyczne ognisko. Prawdziwy traperski kemping.
Ale żeby nie było zbyt pięknie, wieczorem pojawiły się sandflies (małe, upierdliwe, gryzące muszki).
























