Przez seraki na grań
Żeby dostać się na grań Tutoko, musieliśmy przewspinać się po serakach. Ten pas połamanego lodu wypatrzyliśmy już poprzedniego dnia.
Z namiotu ruszyliśmy około szóstej. Przy świetle czołówek pokonaliśmy pierwszy, dosyć łatwy fragment drogi. Stanęliśmy pod serakami. Ich rozmiary robiły wrażenie! Podchodziliśmy do nich bardzo ostrożnie. Wspinaczka po tych olbrzymach była ekscytująca.
Ponad serakami szło się już łatwiej. Dolinę za naszymi plecami wypełniały chmury. Po wyjściu na grań zobaczyliśmy, co było po drugiej stronie: kolejne morze chmur i wystające z niego pojedyncze stożki szczytów gór. Słońce tuż nad horyzontem, nad nami czyste niebo. Chwilo trwaj!
W końcu poranne chmury się rozstąpiły. Na dalszym planie zobaczyliśmy rozległe doliny, a w kotle lodowcowym poniżej, piękne turkusowe jeziorko. Podeszliśmy trochę wyżej i dostrzegliśmy, że jest tam więcej pomniejszych jeziorek, o tym samym kolorze. Ten turkus towarzyszył nam do samego szczytu.
Początkowo grań była szeroka, a śnieg przyjemnie zmrożony. Dalej wyrastała skalna. Początek wspinaczki tradowej. Kilka dość łatwych wyciągów, najtrudniejsze miejsca za 13 w skali nowozelandzkiej, czyli orientacyjnie IV+ w skali UIAA. Trudności wynikały głównie z tego, że pokonywaliśmy ją w twardych butach pod raki i z plecakami pełnymi szpeju.
Na skalnych wyciągach pod palcami czułam znajomą fakturę, a w powietrzu zapach porostów nagrzanych słońcem. Jak podczas wspinaczki na tatrzańskim granicie. Dodatkowo te jeziorka w kotłach lodowcowych, przypominające Morskie Oko, Czarny Staw czy Dolinę Pięciu Stawów. Przez moment poczułam się jak w Tatrach.
Stąd mieliśmy dobry widok na miejsce, gdzie powinien znajdować się nasz biwak. Z tej perspektywy pionowa skalna ściana nie wyglądała na teren, gdzie można by rozstawić namiot. Gołym okiem nie dało się go wypatrzyć. Dopiero na zdjęciu znaleźliśmy niebieską kropeczkę na tle szarych skał. Nie do wiary, że spędziliśmy tam noc!
Czekan jako poziomica
Na głównej grani trzeba było stawiać nogi tip-topami, jedna przed drugą. Była wąska jak żyletka. Zmrożony śnieg dobrze jednak trzymał raki. Szliśmy sprawnie, choć uważnie, na asekuracji lotnej. Słońce jasno świeciło, wiał lekki wiatr.
Na końcu grani wyrastała wielka czapa śnieżno-lodowa. To musiał być szczyt. Przed nią zatrzymała nas jeszcze ogromna szczelina. Straciliśmy trochę czasu i sił na jej obejście, po czym weszliśmy na kopułę.
Dalej były jeszcze dwie.
Tutoko nie jest popularnym celem wspinaczki. Dostępnych w Internecie zdjęć ze szczytu było niewiele. Te, które udało nam się znaleźć pokazywały czapę śnieżną, a tutaj jeden z wierzchołków był skalny. No i który z nich był najwyższy?
Wzięliśmy czekan i użyliśmy go jak poziomicę. Wyszło nam, że ten ze skałami. Może na zdjęciach przykrywał je śnieg? Żeby do niego dotrzeć, i tak musieliśmy przejść przez wszystkie kopuły.
Była mniej więcej czternasta trzydzieści. Na skałkach szczytowych chwilę odpoczęliśmy. Zjedliśmy coś, zrobiliśmy zdjęcia.
Ze szczytu roztaczał się panoramiczny widok. Dookoła góry i doliny, a w poniżej wciąż migotały turkusowe jeziorka. Nad dolinami przybywało chmur, choć jeszcze nie wyglądały groźnie. Po chwili zadumy ruszyliśmy w dół. Szczyt szczytem, ale do namiotu był jeszcze kawał drogi.
Osiem metrów między nami
Wracaliśmy przez te same kopuły, obok szczeliny, wąską granią i zjazdami na linie przez skalny odcinek.
W wyższych partiach śnieg nadal dobrze trzymał. Niżej, przed pasem seraków, trawersowaliśmy zbocze. Śnieg był tu już rozmiękczony. W końcu zrobiło się zbyt stromo, żeby iść bokiem. Trzeba było obrócić się i schodzić przodem do stoku.
Byliśmy związani na krótko. Osiem metrów liny między nami. Miałam schodzić jako pierwsza.
Przy zmianie pozycji miękki śnieg puścił, a raki straciły oparcie. Zaczęłam zsuwać się na brzuchu, głową w dół. Z każdym centymetrem nabierałam prędkości.
Miałam w rękach dwa czekany i nie byłam przygotowana na to, co zrobić z drugim. Na szkoleniu z hamowania czekanem zawsze trenowało się z jednym. Odruchowo odrzuciłam dodatkową dziabę. Czekan wbiłam w śnieg, próbując obrócić się głową do góry.
Zaczęło mnie obracać. Wtedy poczułam szarpnięcie. Zatrzymałam się.
Willi wyłapał mój upadek.
Poczułam ulgę. Najpierw sprawdziłam czy nic mi się nie stało. Wszystko wygląda ok.
Rozejrzałam się za odrzuconym czekanem. Leżał kilkanaście metrów niżej, na skalnym wypłaszczeniu. Zeszłam po niego.
Kiedy ochłonęłam, zapytałam Williego jak to wyglądało z jego perspektywy.
Czekając na swoją kolej zejścia, ukopał sobie butami porządne stopnie i stał bardzo pewnie. Kiedy straciłam oparcie, mocno wbił czekany w zbocze, zaparł się na nich i wyłapał zjazd.
Podziękowałam mu. Zaśmiał się, że zrobił to także dla własnego bezpieczeństwa. Fakt, byliśmy związani. Gdybym go pociągnęła, polecielibyśmy oboje.
Pomarańczowe niebo
Jeszcze pas połamanego lodu. Dopiero po jego pokonaniu wiedzieliśmy, że jesteśmy 'w domu'. Na skałach mogliśmy już nacieszyć się złotą godziną.
Po dwudziestej pierwszej dotarliśmy pod namiot. Nad górami rozlewała się mocno pomarańczowa poświata. Ciemna linia poszarpanej grani wyraźnie odcinała się od nieba.
Oglądaliśmy ją spod namiotu. Wkrótce padliśmy wykończeni.





































































