Na prostych nogach
Powrót przebiegał sprawnie. Poniżej stromych blafów nie było już większych trudności. Pojawił się za to inny problem.
Nasze toporne buciory, które świetnie sprawdzały się w śniegu powyżej, teraz nie pomagały. Grube, sztywne podeszwy na skalnym podłożu mocno oddziaływują na stawy. Szczególnie na zejściu z ciężkim plecakiem na grzbiecie. Schodziłam prawie na prostych nogach, bo trudno było zginać kolana. Każdy krok to była katorga.
Idąc wzdłuż strumienia dotarliśmy do Tutoko River. Przez pięć dni poziom wody wyraźnie opadł. Rzeka, która na wejściu tak nas sponiewierała (głównie mnie), tym nie przysporzyła żadnych problemów.
Po przeprawie ruszyliśmy doliną w stronę wyjścia. Do znakowanej ścieżki DOC mieliśmy jeszcze kawałek, kiedy zobaczyliśmy śmigłowiec.
Are you Joanna?
Dwa dni wcześniej widzieliśmy sporo helikopterów odbywających loty widokowe nad górami. Ten jednak leciał inaczej. Nisko, doliną. Prosto na nas.
Kiedy pilot nas wypatrzył, wylądował tuż przed nami. Z maszyny wyskoczył mężczyzna, podszedł i zapytał:
„Are you Joanna?”
Potwierdziłam.
„Are you Willy?”
Willi też potwierdził.
To byli ratownicy z Search and Rescue w Wanaka. Szukali nas.
Zgłoszono nasze zaginięcie. Według informacji, które dostali, powinniśmy wrócić dwa dni wcześniej. Wezwała ich policja z Te Anau.
My tymczasem kończyliśmy pięciodniową wyprawę i zadowoleni i sukcesu misji spokojnie szliśmy do samochodu.
Ratownik nie potrafił powiedzieć, kto wszczął alarm. Zapytał tylko, czy wszystko było w porządku i czy potrzebowaliśmy pomocy. Nie potrzebowaliśmy. Mogliśmy wracać o własnych siłach.
Przyjął to zupełnie spokojnie. Cieszył się, że nic nam nie było. Powiedział, że zrobią rundkę nad górami, coś tam jeszcze sprawdzą i wracają do bazy. Na odchodne poprosił, żebyśmy zgłosili się na posterunek w Te Anau i wyjaśnili sytuację.
Wrócił do śmigłowca. Willi stał osłupiały. Jego angielski był dosyć słaby i nie bardzo rozumiał, co właśnie się wydarzyło. Kiedy ruszyliśmy dalej, wytłumaczyłam mu przebieg rozmowy.
Dwie kartki
W lesie nareszcie weszliśmy na miękkie, gąbczaste podłoże. Kolana od razu przestały boleć. Mogłam znowu normalnie chodzić.
Diametralnie zmienił się też krajobraz. Opuściliśmy surowe sąsiedztwo skał, śniegu i lodu. Zanurzyliśmy się w pełną życia, wszechogarniającą zieleń. Wilgotne mchy, gigantyczne paprocie i ćwierkające ptaki.
Na ścieżce pojawiło się błoto i spore kałuże. Normalnie stanowiłyby przeszkodę. Teraz były remedium na zbolałe stawy. Szło się po nich znacznie sprawniej niż po suchej, ale twardej skale.
Do vana dotarliśmy pod wieczór.
Przed wyjściem zostawiliśmy za przednią szybą kartkę. Pierwotnie wyjaśniała, że nocujemy w Homer Hut. Po opuszczeniu Homera skreśliliśmy część o schronisku i dopisaliśmy, że ruszyliśmy na Tutoko.
Teraz za wycieraczką czekała druga notka.
Zawiadamiała, że Search and Rescue rozpoczęło nasze poszukiwania. Mamy się zgłosić i poinformowali o swoim powrocie.
Do Te Anau i tak planowaliśmy jechać, żeby odwiedzić moich przyjaciół. A skoro ekipa SAR już nas znalazła, do tego akurat była niedziela wieczorem, to uznaliśmy, że nie będziemy gnać tam na złamanie karku.
Odpoczniemy i wyjedziemy następnego ranka.










