Po wyprawie

Zmarnowana niedziela

Rano dotarliśmy do Te Anau. Dzień wcześniej ratownicy SAR znaleźli nas w dolinie Tutoko. Teraz trzeba było wyjaśnić, dlaczego w ogóle nas szukali.
Nasz sprzęt rozłożony przed garażem Tary i Jima w Te Anau.
Opublikowano

Zmarnowana niedziela

Rano dotarliśmy do Te Anau. Dzień wcześniej ratownicy SAR znaleźli nas w dolinie Tutoko. Teraz trzeba było wyjaśnić, dlaczego w ogóle nas szukali.

Zatrzymaliśmy się u Tary i Jima, których znałam jeszcze z czasów, gdy wszyscy mieszkaliśmy Mount Cook Village. Tara pracowała wtedy dla linii lotniczej, a Jim należał do Search and Rescue. Opowiedzieliśmy im o śmigłowcu. Zdziwiła ich ta akcja, zwłaszcza że ekipa przyleciała aż z Wanaka.

Na posterunku czekał już na nas wkurzony policjant.

Kiedy potwierdziliśmy kim jesteśmy, niemal zaczął na nas krzyczeć. Wypominał nam zmarnowany weekendem. Zamiast cieszyć się dobrą pogodą, musiał analizować górskie wyprawy i szukać informacji ile takie wyjście powinno trwać. On nie jest wspinaczem, to skąd miał to wiedzieć?

Dostał zgłoszenie, że mieliśmy wrócić po trzech dniach. Był już czwarty dzień od wyjścia. Nie wróciliśmy. Poczekał jeszcze jeden dzień i zawiadomił SAR.

W niedzielę ekipa z Queenstown była już na innej akcji, więc wezwanie trafiło do SAR Wanaka, skąd śmigłowiec poleciał szukać nas pod Tutoko.

Trzy dni Williego

No, ale skąd w ogóle wzięły się te 3 dni?

Z materiałów, jakie udało się znaleźć przed wyjazdem wynikało, że na to przejście potrzebujemy pięć dni. Jednak, w kwestii szacowania długości przejść Willi był niepoprawnym optymistą. Uważał, że oblecimy to szybciej.

Przed wyprawą nocowaliśmy w Homer Hut. To schronisko dla alpinistów prowadzone przez New Zealand Alpine Club. Stałego opiekuna akurat nie było, a zastępujący go człowiek słabo orientował się w realiach wspinaczki górskiej rejonu Fiordland.

Wieczorem, przed wyprawą, Willi rozmawiał z nim o naszych planach. Zapytany, ile zajmie nasza akcja górska, powiedział, że trzy dni. Rozmówca przyjął tą informację bezkrytycznie. Kiedy nie wróciliśmy na czas, zaniepokoił się i zadzwonił na policję.

Sąsiad za ścianą

Wszystko zaczynało się układać w jedną całość.

Pod koniec rozmowy padło pytanie, gdzie mieszkamy.

Od kilku miesięcy byłam w trybie szwędacza. Właściwie mieszkałam w swoim zielonym kombi (Nissan Wingroad California), które nazwałam Hotel California. Pomyślałam jednak, że jeśli teraz powiem temu wkurzonemu policjantowi, że mieszkam w samochodzie, to już nas całkiem rozgromi.

Zapobiegawczo wskazałam więc wioskę Mount Cook Village, gdzie mieszkałam i pracowałam przed wyruszeniem w trasę.

Policjant złagodniał.

– Mój brat też tam mieszka – powiedział.

Zapytałam o imię. W tej małej wiosce wszyscy się znali, więc pewnie będę go kojarzyć.

– Duncan. Pracuje dla Heli Lines.

Uśmiechnęłam się. Duncan był moim sąsiadem zza ściany!

Kiedy mu o tym powiedziałam, policjant od razu się rozchmurzył. Zamiast o kosztach poszukiwań i zmarnowanym weekendzie, gadaliśmy teraz o Duncanie.

Szpej przed garażem

Po powrocie z posterunku przed garażem przyjaciół rozłożyliśmy zawartość naszych plecaków.

Sprzęt wspinaczkowy: długa lina pojedyncza, kości, friendy, taśmy, karabinki i ekspresy. Uprzęże i kaski. Do tego raki, po dwa czekany i szabla śnieżna.

Sprzęt biwakowy: namiot, śpiwory, maty, kuchenka i gaz. Ja miałam jeszcze polarowy kocyk, bo mój śpiwór był bardzo cienki.

Inne: Ciepłe ubrania, stuptuty, sandały (do przekraczania rzeki i strumieni).

Wszystko to, plus jedzenie i wodę, nosiliśmy przez pięć dni na plecach.

Głód i mniejsze miseczki

Na Tutoko wzięłam mniej więcej tyle jedzenia, ile brałam na zwykły tramping, nie biorąc poprawki na fakt, że to była o wiele bardziej intensywna wyrypa. Strome podejścia, przedzieranie się przez gęsty las, plecaki cięższe niż zwykle, upał, wymagający teren. Mocno nie doszacowałam potrzeby energetyczne organizmu. Już w pierwszych dniach wyprawy nie dojadałam oszczędzając wysokoenergetyczne jedzenie na atak szczytowy.

Po powrocie zauważyłam, że mój stanik jest dziwnie luźny. Przez te pięć dnia rozmiar miseczki zmniejszył mi się o jakieś dwa rozmiary. Wreszcie biust przydał mi się do czegoś praktycznego, pomyślałam. Magazyn energii na misję Tutoko!

Za to po dotarciu do Te Anau jedliśmy prawie przez cały dzień. Śniadanie płynnie przeszło w lunch , a ten w kolację. Trzeba było uzupełnić stracone zapasy 😉

Wyż dla ratowników

Jedna rzecz nadal mi się nie zgadzała.

Już wtedy należałam do lądowego Search and Rescue. Znałam procedury rozpatrywania zgłoszeń i punktowy system oceny sytuacji. Przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu akcji rozważano, m.in. doświadczenie wspinaczy, posiadany sprzęt i pogodę. Kiedy zestawiałam to, co było wiadomo o naszym wyjściu, nie wychodziło mi, że należało wysłać śmigłowiec. Policjant nie potrafił wyjaśnić, jak oceniono naszą sprawę.

Kilka miesięcy później, podczas wspinaczki w rejonie Wanaka, poznałam ratownika tamtejszego zespołu SAR. Od słowa do słowa wyszło, że to mnie szukali wtedy pod Tutoko.

Zapytałam, dlaczego w ogóle polecieli, i to aż z Wanaka.

Zaśmiał się.

Według jego relacji chłopaki dostali zgłoszenie o dwojgu wspinaczy, którzy nie wrócili na czas. Spojrzeli mapę pogody. Wyż. Nad Fiordlandem słońce. To była bardzo niecodzienna sytuacja.

Mówił, że wcześniej latali tam głównie z czarnymi workami. Tym razem mieli okazję zobaczyć Tutoko przy pięknej pogodzie, zrobić rekonesans i dokładnie obejrzeć teren. Według niego to właśnie ta okoliczność przemówiła za wylotem. Poza tym od poniedziałku miało być załamanie pogody. Gdyby jednak coś nam się stało, niedziela była ostatnim dniem, kiedy mogli nas znaleźć.

Wtedy lepiej rozumiałam luz ratowników, których spotkaliśmy w dolinie.