Pięć tysięcy na pięćdziesiątkę
Zbliżała się pięćdziesiątka Rafała. Półwiecze jego egzystencji chcieliśmy uczcić, robiąc coś naprawdę wyjątkowego. Wejście na pięciotysięcznik wydawało się idealnym pomysłem. 😎
Alpy były za niskie. Ameryka Południowa za daleko. Spojrzeliśmy w stronę dawnych republik radzieckich. Początkowo rozważaliśmy Kirgistan. Jednak mnogość agencji wyprawowych działających w tamtym regionie i skala infrastruktury – całe miasteczka wyprawowe u podnóży gór – skutecznie studziły nasz entuzjazm. Chcieliśmy góry wyjątkowej, z dala od popularnych celów i komercyjnych wypraw.
Zagadnęłam znajomego, który już dawno temu obrał azymut na wschód. Od razu polecił Chimtargę. Leżała w Górach Fan, w Tadżykistanie. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałam. Świetnie, właśnie o takie miejsce chodziło! Mało znane, dzikie, z pięciotysięcznymi szczytami. Wyglądało na to, że znaleźliśmy dokładnie to, czego szukaliśmy! Zaczęło się planowanie.
Przygotowania trwały ponad pół roku. Trzeba było rozeznać warunki w górach, zdobyć mapy, opracować trasy, wybrać i zorganizować sprzęt, skompletować apteczkę wysokogórską. Do tego cała logistyka, czyli transport na miejsce oraz lokalny, wizy, pozwolenia, noclegi, waluty, łączność itd. Ważne było też przygotowanie fizyczne, techniczne i mentalne.
Chimtarga była pierwszym wyborem, ale po researchu okazało się, że wejście na nią było mocno uzależnione od warunków śnieżno-lodowych pod szczytem. Na wypadek, gdyby nie sprzyjały, mieliśmy plan B: sąsiednią górę o wdzięcznej nazwie Energia (5120 m n.p.m.).
Pierwsza duża wspólna wyprawa
Pod koniec czerwca 2025 roku wyruszyliśmy do Tadżykistanu. Była to nasza pierwsza tak poważna wspólna wyprawa. Cała podróż trwała dokładnie miesiąc, podczas którego spędziliśmy 21 dni w górach, przeszliśmy ponad 200 kilometrów i zrobiliśmy ponad 13 000 metrów podejść.
Wyprawa podzielona była na dwa główne etapy: alpinistyczny i trekkingowy.
Najpierw aklimatyzacja, przenoszenie obozów coraz wyżej i wspinaczka aż do przekroczenia magicznej dla Rafała bariery 5 000 metrów. W dniu wylotu nasz bagaż, zawierający sprzęt alpinistyczny i biwakowy, trochę ubrań i inne niezbędne elementy wyposażenia, ważył około pięćdziesięciu kilogramów. Do tego trzeba było doliczyć jedzenie i gaz dokupione na miejscu oraz zapas wody. Z takim ładunkiem na plecach upał i sypkie piargi mocno dawały się we znaki. Ale daliśmy radę!
Po wyjściu ze strefy pięciotysięczników krótko odpoczęliśmy, zrobiliśmy przepak i wyruszyliśmy na lżejszy już etap trekkingowy. W niższych partiach (choć ciągle zdarzały się przełęcze ponad czterotysięczne) wędrówka wiodła głównie przez rozległe doliny i maleńkie osady. Po drodze mijaliśmy turkusowe jeziora, krystalicznie czyste rzeki, fikuśne kaskady, rozlewiska i meandry.
Góry i ludzie przy czaju
Zaproszenia na czaj towarzyszyły nam od początku podróży. Dzieciaki z pasterskich osad wybiegały nam naprzeciw. Gospodarze rozkładali dywan, na którym od razu pojawiały się chleb i miski z przyjemnie zimnym jogurtem lub kefirem. Rozmawialiśmy po rosyjsku, angielsku i na migi.
Obserwowaliśmy koloryt tutejszej kultury i (nie zawsze pozytywne) wpływy z zewnątrz. Jechaliśmy przez 5-kilometrowy tunel Anzob, będący częścią irańskiej wizji nowego Jedwabnego Szlaku. Widzieliśmy stada żurawi rozbudowujących Duszanbe za juany, a potem chińskie wiertnice i koparki rozgrzebujące góry w poszukiwaniu rzadkich minerałów. Zatrzymywaliśmy się w postradzieckich ośrodkach turystycznych. Długo chodziliśmy po ulicach Pandżakentu w poszukiwaniu tradycyjnej restauracji, bo miasto zalane było kawiarniami oferującymi hot dogi, hamburgery i coca-colę.


