Numer do Amro
Jak tylko mieliśmy komplet kwitów, napisałam do Amro, że możemy już jechać. W chwilę potem zgarnął nas spod hostelu.
Amro to młody, ogarnięty taksówkarz, którego poznaliśmy poprzedniego dnia. Jak go zapytałam czy nie zawiózł by nad do oddalonej o ok 100km Sarvody, trochę się zmieszał. Nigdy nie był tak daleko na północ. Ale ciekawość i pewny zarobek wzięły górę. Całą logistykę dogadaliśmy przez WhatsApp.
Na wylocie z miasta zahaczyliśmy jeszcze o sklep z gazem do kuchenki.
Motocyklem bym tędy nie pojechała
Początkowo droga była całkiem dobra, ale im dalej na północ, tym ciekawsza. Pod koniec trasy wjechaliśmy w ciąg wykutych w skale galerii i tuneli. Najdłuższy z nich – 5-kilometrowy Anzob, nosi niechlubną nazwę – Tunel Śmierci.
W środku oświetlenie było marne, a nawierzchnia pozostawiała wiele do życzenia. Niecierpliwi kierowcy wyprzedzali na trzeciego, choć tunel był dwukierunkowy. Ze ścian skapywała woda. Ciemność przed nami rozdzierały niewyraźne czerwone punkciki świateł stopu oraz ostre białe plamy reflektorów nadjeżdżających z naprzeciwka pojazdów. Przez tunel przejeżdżali też motocykliści. Oboje z Rafałem jeździmy na motorach, więc bez trudu mogliśmy wczuć się w ich sytuację. Ja bym się chyba nie odważyła tamtędy przejechać.
Historię Tumelu Anzob poznałam dopiero później. Budowę rozpoczęto w 2003 roku, a w 2006 niewykończony tunel oddano do użytku. Brakowało porządnej nawierzchni, oświetlenia, wentylacji i odwodnienia. Woda zalewała jezdnię, wewnątrz gromadziły się spaliny. Samochody przejeżdżały przez wciąż trwającą budowę. Z tamtego okresu pochodzą relacje o śmiertelnych zatruciach tlenkiem węgla i ponura reputacja tunelu. Eurasianet, reportaż z 2007 roku
Stawką było całoroczne połączenie stolicy z północą kraju. Dawna droga prowadziła przez przełęcz Anzob, na wysokości około 3372 m, i bywała nieprzejezdna z powodu śniegu. Pozostawał objazd przez Uzbekistan, ale przy napiętych relacjach sąsiedzkich zamknięcie granicy mogło odciąć tę trasę. Tunel, położony niżej, na około 2700 m, pozwalał dostać się z Duszanbe do Chodżentu bez uzależniania podróży od dobrej woli uzbeków.
Inwestycję finansowały wspólnie Tadżykistan i Iran. Budową zajęła się irańska firma. Dla Iranu te 5 kilometrów wpisywało się w znacznie większy plan: korytarz handlowy przez Afganistan i Tadżykistan aż do Chin, określany jako „nowy jedwabny szlak”.
Anzob przez kolejne lata był naprawiany i modernizowany, niestety nazwa przetrwała remonty. Do europejskich standardów wciąż mu daleko, ale nie oznacza już przejazdu przez śmiertelną pułapkę.
10 minut
W Sarvodzie od razu obskoczyli nas lokalni Janusze biznesu. Do Alaudin zostało jakieś 25 kilometrów. Za podwózkę chcieli 800 somoni. Dla porównania, za ponad 100 kilometrów z Duszanbe elektryczną taksówką zapłaciliśmy 350 somonii.
Ruszyliśmy z buta z zamiarem łapania stopa. Wkrótce zatrzymała się terenówka. Po drodze zabraliśmy jeszcze babuszkę. Kierowca wysadził wszystkich w niewielkiej wiosce i powiedział, żeby poczekać, bo jego znajomy wkrótce będzie tędy jechać i podwiezie nas dalej.
Z okolicznego domu od razu wyszła kobieta i zaprosiła na czaj. Babuszka poszła, więc my też. Ledwo się pojawiliśmy, a na tapczanie były już słodycze, lepioszka, świeże wiśnie i herbata (czaj). Zbiegły się dzieciaki z okolicznych wiosek. Wesoło zagadywały próbując przypomnieć sobie jakieś angielskie i rosyjskie słowa.
Babuszka była bardzo ciekawa co my tu robimy. Próbowaliśmy rozmawiać, trochę po rosyjsku, trochę na migi. Pokazałam jej przewodnik i wskazałam na mapie dokąd idziemy.
Minęła godzina. Kierowcy nie było.
W końcu zadzwonił z wiadomością, że będzie za 10 minut. Minęła kolejna godzina, zanim przyjechał z zaopatrzeniem. Dopiero wtedy zauważyliśmy, że przy domu był niewielki sklepik. Pomogliśmy rozładować towar i ruszyliśmy dalej.
Taki to autostop
W następnej wiosce babuszka wysiadła. My jechaliśmy dalej.
Wyboista droga doprowadziła nas pod szlaban post-radzieckiego obozu alpinistycznego Alaudin Vertical. Było już ciemno. Kemping wyglądał na opuszczony. W końcu pojawił się koleś z latarką i otworzył bramę.
Zabraliśmy plecaki i zapytaliśmy kierowcę, ile bychciał za podwózkę. 600 somonii. Zaproponowaliśmy 400. Stanęło na 500.
Taki to autostop.
Dopiero później dowiedzieliśmy się, że podwożenie ludzi za niewielką opłatą jest w Tadżykistanie na porządku dziennym. Inna kwestia to stawka. Nie wszyscy kierowcy oferowali uczciwe ‘cenniki’.
Na kempingu zaczęliśmy szukać miejsca pod namiot. Jakiś mężczyzna wskazał nam stojący już dmuchany namiot. Skojarzył nam się z obozami bazowymi w Himalajach. Powiedzieliśmy, że mamy własny, ale przekonywał, żebyśmy skorzystali skoro już stoi. Przezornie od razu zapytaliśmy ile nas to będzie kosztowało. O dziwo nie chciał pieniędzy, ewentualnie mogliśmy dać, ile uznaliśmy za stosowne.


