Dni 1–3 · 27 czerwca – 29 czerwca 2025

Dushanbe – Jeszcze jeden kwit

Wyjechaliśmy z domu 27 czerwca o 9:00 rano. Następnego dnia, też o 9:00, ale już czasu lokalnego, byliśmy w Duszanbe.
Sprzęt na wyprawę do Tadżykistanu
Opublikowano

Kierowca wiedział lepiej

Wyjechaliśmy z domu 27 czerwca o 9:00 rano. Następnego dnia, też o 9:00, ale już czasu lokalnego, byliśmy w Duszanbe.

Lotnisko wydało mi się bardzo małe jak na stolicę kraju. Na zewnątrz stało kilka taksówek. Autobusu nie było, więc wsiedliśmy do jednej z nich.

Starszy kierowca zapewniał, że wie, gdzie jest nasz Ultra Hostel. Pojechał totalnie nie tam, gdzie trzeba, ale nadal upierał się, że zna drogę. Ostatecznie odpaliłam nawigację w swoim telefonie i poprowadziłam go pod hostel.

Jeszcze jeden kwit

Planowaliśmy spędzić w Duszanbe tylko jeden dzień. Przed wyjazdem sprawdziliśmy informacje na stronach MSZ: pobyt do 30 dni nie wymagał wizy.

O dodatkowej rejestracji nie znaleźliśmy ani słowa. Dopiero w hostelu dowiedzieliśmy się, że obcokrajowcy przebywający w Tadżykistanie dłużej niż 10 dni potrzebują specjalnej karty rejestracji.

Przylecieliśmy w sobotę, w niedzielę urząd był nieczynny, więc wyjazd w góry musiał poczekać do poniedziałku. Mieliśmy czas, żeby obejrzeć miasto i ogarnąć kilka spraw.

40 stopni i pył

Nasz pokój mieścił się na 17. piętrze. Z góry dobrze było widać wciąż rozbudowujące się miasto. W centrum było sporo wieżowców, a nad niższą zabudowaniami górowały żurawie.

Tego roku podobno zapylenie było wyjątkowo duże. Pył wisiał w powietrzu i osiadał dosłownie na wszystkim. Odległe budynki znikały w objęciach gęstej mgławicy.

Do tego upał. W ciągu dnia temperatura sięgała 40 stopni. Na szczęście w okolicy były tereny zielone, np. Rudaki Park, w których dało się trochę odetchnąć.

Robotę robiły też liczne fontanny. Wystarczyło wejść w tworzoną przez nie mgiełkę, żeby od razu poczuć przyjemny chłód. Wtedy zrozumiałam, dlaczego w mieście było ich aż tyle.

Obiad na tapczanie

Restaurację polecił nam poznany w hostelu Rosjanin, który w Duszanbe mieszkał już od 2 lat.

Kelner początkowo prowadził nas do części ze stolikami i sztućcami, ale my woleliśmy zjeść po tadżycku, na tapczanie.

Usiedliśmy po turecku na drewnianym podeście. Był wyłożony intensywnie czerwonymi kocami. Wkrótce pomiędzy nami stanęła duża drewniana misa z kurutobem*. Do tego kompot i oczywiście lepioszka (okrągły chleb), dodawana do wszystkiego.

Rekomendacja była trafiona. Najedliśmy się jak dziki.

*Kurutob to tradycyjne tadżyckie danie z kawałków chleba nasączonych słono-kwaśnym sosem z suszonego sera jogurtowego, podawane w drewnianej misie z warstwą świeżych warzyw (pomidorów, ogórków, cebuli, ostrych papryczek) i ziół. Występuje w wersji wegetariańskiej lub mięsnej.

Formalności

Początkowo zamierzaliśmy szukać transportu do Sarvody na postoju współdzielonych taksówek dalekobieżnych na wylocie miasta. Ale żeby się na jakąś załapać, należało pojawić się tam z samego rana, a nas czekały jeszcze formalności.

Formalności pomogła nam załatwić recepcjonistka, która jak się okazało, pracowała także w ministerstwie. Daliśmy jej paszporty, a ona w poniedziałek rano zabrała je do drugiej pracy. Około południa wróciła z dokumentami.